Logo ZUT

WIkołajek

WI-kołajek

"Wikołajek - właśc. WI-kołajek, tajemniczy, choć bez wątpienia życzliwy osobnik, widywany najczęściej tam, gdzie bity i bajty przecinają się z ludzkimi poczynaniami. Znane są jego bliskie związki z Wydziałem Informatyki ZUT w Szczecinie, gdzie został skutecznie zidentyfikowany (za co odpowiedzialna jest Anna Barcz) i rzetelnie opisany (co wziął na swoje barki Sławomir Wernikowski). Należy wspomnieć o Agnieszce Olejnik-Krugły dzięki której Wikołajek zyskał wizerunek graficzny.

Wikołajek to duch niespokojny, trochę roztrzepany, nieco zakręcony, ale zawsze na posterunku, gotów służyć radą, wsparciem i życzliwą obecnością."

Przedstawiamy cykl opowiadań i słuchowisk o Wikołajku opowiadającym o swoich zmaganiach z różnymi problemami związanymi z bezpieczeństwem.

Przypadki Wikołajka – Poranna poczta

Tego dnia Wikołajek obudził się w wyjątkowo dobrym humorze. Rzec by można, że wstał z łóżka prawą nogą, chociaż nie było to do końca zgodne z prawdą, bo starym zwyczajem Wikołajek z łóżka po prostu wyskoczył, lądując na obu stopach jednocześnie.

Wikołajek zwykł rozpoczynać dzień od sprawdzenia poczty, rzecz jasna elektronicznej. Laptop zasysał kolejne maile niezbyt ochoczo, więc Wikołajek czym prędzej zaparzył sobie kawę i zanurzony w aromatycznym zapachu zasiadł przed ekranem. Rachunek za energię z firmy „Ekopałer” sąsiadował w poczcie z newsletterem „Gazety Opiniotwórczej”, a tuż za nimi przycupnęło powiadomienie z serwisu aukcyjnego „Andantino”. Wikołajek z premedytacją odłożył tę lekturę na później, bo jego wzrok przykuł skrzący się i niespodziewany nagłówek o treści „Właśnie na to czekałeś”.

- Na co to ja czekałem? - zadumał się Wikołajek i nie czekając ani sekundy otworzył list.

Jego modre oczęta otworzyły się w nieopisanym zdumieniu. Czy to możliwe, że czekał na maila z ofertą dostawy damskiej bielizny? Niczego takiego sobie nie przypominał, ale dla pewności wczytał się uważnie w treść maila.

„Pozyskaliśmy twój adres z ogólnodostępnych źródeł” - głosił list - „Kliknij tutaj, jeśli nie chcesz więcej dostawać takich wiadomości”. A potem nie było już zbyt wiele słów, a tylko obrazek za obrazkiem, a każdy bardziej kuszący od poprzedniego.

- Co to jest?! - oburzył się Wikołajek – Kto to do mnie wysłał?

I nie namyślając się długo, skasował niechcianego maila. Nowy dzień nie wydawał mu się już taki piękny jak przed chwilą.

- I tak się nie dowiedzą, że to przeczytałem – pomyślał, wzruszając ramionami.

Chwilę potem Wikołajek zamknął są sobą drzwi od łazienki, więc raczej nie będziemy już mu towarzyszyć. Zamiast popełniać taką niedelikatność, skupmy się raczej na zadaniu kilka ważkich pytań:

  1. Co dostał w poczcie Wikołajek?
  2. Skąd nadawcy listu mieli jego adres, skoro Wikołajek nigdy im go nie udostępnił?
  3. Czy nadawcy mogli dowiedzieć się, że Wikołajek przeczytał treść ich przesyłki?

Nie pozostawimy tych pytań bez odpowiedzi. Znajdziesz je w kolejnych odcinkach naszego sensacyjnego serialu „Przypadki Wikołajka”.

Przypadki Wikołajka – Mielonka

Nie samą kawą człowiek żyje. Wikołajek wiedział o tym doskonale, więc zakończywszy poranną toaletę poczłapał niemrawo do kuchni i bez wielkich nadziei zlustrował wnętrze lodówki.

Monotonię pustych półek zakłócała tam jedynie mało okazała puszka, więc nie było się nad czym zastanawiać. Wikołajek bez ociągania otworzył konserwę, po czym ukroił dwie pokaźne kromki chleba i hojnie przyozdobił je plastrami mielonki.

Co ciekawe, zupełnie nie zdawał sobie sprawy z faktu, że i tu, w kuchni, i tam, w czeluściach laptopa, obcował z dokładnie tym samym zjawiskiem: ze spamem.

Bo spam to w swoim pierwotnym, oryginalnym znaczeniu handlowy znak zastrzeżony należący do pewnego brytyjskiego producenta żywności, który już niemal wiek cały produkuje konserwy z zupełnie swojsko wyglądającą i takoż smakującą mielonką. Puszki z tym produktem opatrują cztery, zwykle żółte, litery: SPAM.

Drugie życie tego słowa rozpoczęło się w ubiegłym stuleciu w Bromley, To spokojne i nikomu nie wadzące przedmieście Londynu zostało w roku 1970 najechane przez Wikingów, którzy spragnieni strawy i napitku okupowali przez pewien czas jedną z tamtejszych jadłodajni. Te dramatyczne wydarzenia zostały z wielką precyzją ukazane w paradokumentalnym filmie autorstwa grupy Monty Python i wszystko wskazuje na to, że to właśnie dzieło ugruntowało nową, społeczną rolę słowa „spam”.

Bo spam to coś, co dostaniesz nawet wtedy, gdy bardzo tego nie chcesz. Nie lubisz mielonki? Masz pecha, bo wszystko, co możesz w Bromley dostać do jedzenia, zawiera mielonkę i rady na to nie ma i nie będzie.

Ów list, anonsujący Wikołajkowi najazd do niczego mu niepotrzebnej damskiej bielizny, był spamem. Wikołajek go nie chciał. Nie dość, że go nie chciał, to go nie potrzebował. Nie dość, że go nie potrzebował, to nie wyrażał zgody na to, by go otrzymać. A mimo to go dostał.

Uprzedzając nieco fakty, dodajmy tu, że spam może czaić się nie tylko w e-mailach. Możemy go spotkać na forach, w blogach, komunikatorach i na popularnych portalach. Ba, istnieją całe sieci składające się dziesiątków serwerów, które wypełnione są szczelnie i po brzegi tylko i wyłącznie spamem.

Spam czuje się świetnie także poza Internetem. Sączy się zjadliwie w słodkich głosikach telemarketerów, wpycha się w odbierane smsy i wypełnia po brzegi nasze skrzynki pocztowe, tym razem te zwykłe, staroświeckie, blaszane pudła.

Spróbujemy – wraz z Wikołajkiem - przyjrzeć się spamowi bliżej. A jeśli jeszcze nie widzieliście spamowego skeczu Monty Pythona, zróbcie to czym prędzej. Warto to zrobić, chociaż Wikingów w Bromley nie ma już od dawna.

Przypadki Wikołajka – Czas żniw

Nasycony i pokrzepiony mielonką Wikołajek udał się do pracy, gdzie – cóż za dziwo! - w jego służbowej poczcie, oprócz okólników, zarządzeń, raportów, zawiadomień i ponagleń, czekał na niego spam. Tym razem spam nie twierdził, że nasz bohater nie może się obejść bez koronkowych fatałaszków.

Nic z tych rzeczy, ten nowy spam udawał, że Wikołajek sam sobie go zażyczył. Miało to wynikać z nagłówka zaczynającego się od słów „w nawiązaniu do rozmowy telefonicznej przedstawiamy ofertę, o którą pan prosił”. Trzeba tu przyznać, że Wikołajek przestraszył się nie na żarty, bo nijak nie był sobie w stanie przypomnieć, kiedy i z kim rozmawiał przez telefon o proekologicznych ogniwach fotowoltaicznych dofinansowanych w ramach rządowego programu „Słonko świeci, cieszą się dzieci”.

Kiedy już ochłonął nieco, zadał sobie po raz wtóry to samo pytanie: skąd oni mają mój adres? Ba, już nawet nie adres. Adresy.

No właśnie, skąd?

Zdziwiłby się Wikołajek niepomiernie, gdyby wiedział, przez ile rąk i ile serwerów przewędrowały adresy jego skrzynek zanim trafiły w ręce wysyłaczy spamu zwanych dalej spamerami. Jego zdumienie wzrosłoby w dwójnasób, gdyby wiedział też, ilu ludzi niekoniecznie dobrej woli, z błyskiem w oku poluje dzień i noc na adresy Bogu ducha winnych internautów.

Jeśli Wikołajkowi wydaje się jeszcze, że firmowe strony www i jego wpisy na blogach czytają tylko osobniki gatunku homo sapiens, to pora, by go z tego błogiego spokoju wyrwać raz na zawsze. W mrocznych zakątkach sieci siedzą zaszyte bowiem niemiłe i nieżyczliwe serwery zwane (a to tylko jedno z wielu określeń) żniwiarzami (ang. harvesters). Serwery te dzień i noc przeczesują internet w poszukiwaniu jednego tylko trofeum: adresów e-mail.

Zżęte i związane w snopki adresy e-mail są następnie składowane i klasyfikowane, aby dały się korzystnie sprzedać bądź użyć.

Jeśli więc pewnego dnia na firmowej stronie korporacji zatrudniającej Wikołajka pojawił się akapit o treści „Wikołajek Zutowski, starszy specjalista ds. ukręcania kogla-mogla, e-mail: Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.”, to więcej niż pewnym jest, że ledwie kilka dni później adres ten będzie już skoszony, wymłócony, złożony w spichrzu i sprzedany pięć razy firmom promocyjnym spod ciemnej gwiazdy.

Tego procesu odwrócić się już nie da. Co wpadło do sieci, zostaje tam na zawsze. Niestety.

Oczywiście, to tylko jeden ze sposobów narażenia się na inwazję spamu. O innych opowiemy wkrótce. Wikołajka czeka pracowity dzień. Nie będziemy mu już przeszkadzać.

Przypadki Wikołajka – Sprzężenie zwrotne

Trzeba Mikołajkowi przyznać, że choć spam wkurzał go i irytował, nigdy nie posunął się do tego, by spamerom odpisywać. Bywało czasem, że miał wielką ochotę wysmażyć w odpowiedzi jakiś zjadliwy mail pełen wyrzutów i połajanek, ale jakoś nie zdarzyło się, by ów plan został wprowadzony w życiu.

Coś, jakby cichy pisk intuicji (której, jak wiemy, ze względu na płeć nie miał i mieć nie mógł) ostrzegało go, że nie byłoby to rozsądne.

Taki mail miałby dla spamera dużą wartość: byłby otrzymanym z pierwszej ręki potwierdzeniem, że spam trafił w cel. W tym momencie adres Wikołajka zyskałby znacząco na wartości, a założenie, że jakikolwiek spamer przestraszyłby się wikołajkowych pokrzykiwań jest zdecydowanie aż nadto optymistyczne.

Niestety, Wikołajek nie wiedział, że spamer może na kilka w miarę prostych sposobów dowiedzieć się, czy jego spam został przeczytany czy nie. Ta wiedza jest spamerowi niezbędna dla odsiewania adresów nieaktualnych lub martwych, nic więc dziwnego, że będzie starał się ją zdobyć. Bez sprzężenia zwrotnego nie ma sterowania – wiedzą to automatycy i społeczni manipulatorzy.

Pierwszy z możliwych sposób jest banalnie prosty. Spamer kończy swój list magicznym i atrakcyjnym zwrotem brzmiącym mniej więcej tak: „Kliknij tutaj, jeśli nie chcesz więcej otrzymywać naszego newslettera”. To ciekawe, że spamer nigdy nie nazwie swojego spamu po imieniu. Zawsze będzie to informator, newsletter, biuletyn albo cokolwiek równie niewinnego. Mniejsza z tym. Klikanie takiego linku nie przyniesie Wikołajkowi niczego dobrego. Poradzimy mu więc, by tego nigdy nie robił.

Druga technika jest bardziej wyrafinowana. Otóż spamer – mówiąc w dużym uproszczeniu – może umieścić w swoim mailu grafikę, często bardzo interesującą i atrakcyjną, ale dołączoną do listu w taki sposób, aby została ściągnięta na komputer odbiorcy nie z wnętrza maila (z załącznika), ale z serwera, którym zawiaduje spamer. Daje to zupełnie zaskakujące możliwości. Dzięki temu spamer nie tylko dowie się, że przeczytaliśmy jego spam, ale również kiedy to zrobiliśmy i z jakiego komputera. Nie potrzeba mnożyć zdań, by opisać czym dla pań i panów z marketingu jest taki zestaw informacji.

Taki sposób przesyłania grafik bywa czasem nazywaną „zawartością zdalną”. Oczywiście, nie zawsze zawartość zdalna jest zła i niepożądana. Czasem korzystanie z niej potrafi przynieść wielkie korzyści, czasem jednak działa przeciw nam. Wikołajku, przeciwko tobie też.
Jeśli program albo portal, którego używasz do czytania poczty, pozwala ci wyłączyć prezentowanie zawartości zdalnej bez twojej zgody, to zrób to czym prędzej.

Wikołajek właśnie to robi. Wystarczyło kilka kliknięć.